Eurotrip w dwupaku

Zachowując drobną dozę przezorności, na wakacje wybraliśmy tylko termin. Pierwotny plan zakładał, że po badaniach i zielonym świetle na podróże samolotem, kupimy last minute dokądkolwiek. Drugi miesiąc obserwowałam co dzieje się na rynku turystycznym, a sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie razem z kolejnymi wybuchami w różnych regionach świata. Po zamachu w Stambule, topowa Grecja podskoczyła cenowo o kilkaset złotych, zamieniając się z Turcją. Chwilę później okazało się, że jest to jedyny kierunek Last Minute bo reszta lastów cenowo z lastami nic wspólnego nie miała. Tym bardziej, że na wypadek ewentualnej konieczności wizyty u lekarza, od początku ograniczaliśmy wybór do krajów europejskich.

Poza pozwoleniem na latanie, podczas badania okazało się, że po 20 tygodniach udawania dziewczynki, Pyza zechciała być jednak chłopcem. Nie ukrywam, że dziewczyńska opcja podobała mi się bardziej. Delikatnie rzecz ujmując, przyjęcie tej wiadomości nie przyszło mi najłatwiej i nie miało wiele wspólnego z zachwytem, a raczej lawiną przerażenia. Wszystkie dodatkowe rozważania nad lastami (których nie było), tanimi lotami (które na tydzień przed nie są już tanie), kierunkami i alternatywami stawały się zapalnikiem do wyładowania emocji. Sytuacja w domu zaczęła się robić napięta.

No i stało się! Z braku laku, decyzja padła na samochód. Nieco się obawiałam długiej podróży ale po analizie za i przeciw, rozłożeniu dniowych przejazdów tak abym nie musiała prowadzić i żeby nie spędzać w samochodzie całego dnia, ilość plusów, wygrała z ewentualnymi minusami. W końcu do samochodu można załadować wszystko „na wszelki wypadek”, nie trzeba targać się z walizkami z lotniska, można zatrzymywać się co chwilę a w ekstremalnym wariancie można szybko przetransportować się do najbliższego lekarza.

Od pomysłu do realizacji minął jeden wieczór. Jacek zaplanował trasę z podziałem na odcinki: Olsztyn – Bielsko-Biała – Wiedeń – Lubljana – Izola – Balaton – Szczyrk – Olsztyn. Gdy w pełnym zadowoleniu świętował swój plan, grając kolejne mecze w FIFA i popijając whiskey, ja znalazłam i zarezerwowałam nam noclegi. Po wyliczeniu budżetu okazało się, że 5-6 dni samolotem, zamieniliśmy na 11 dni samochodem w tej samej cenie. Nie opiszę w tym poście szczegółowo wszystkich odwiedzonych miejsc bo wyszedłby z tego najdłuższy post świata. Zostawmy więc przygody i zdjęcia z kolejnych etapów naszej podróży na oddzielne wpisy. Wracając, zrobiliśmy jednak podsumowanie, w którym zgodnie wybraliśmy kilka wniosków. Mam nadzieję, że przydadzą Wam się jeśli chcielibyście wyruszyć podobną drogą.

Gdybyśmy jeszcze raz mieli zaplanować ten wyjazd zmienilibyśmy:  

Nocleg w Lubljanie. Samo miasto jest zdecydowanie warte odwiedzenia jednak zważywszy na słoweńskie autostrady, dzięki którym można się szybko dostać z Lubljany na wybrzeże Adriatyku, kolejnym razem po przerwie na obiad i zwiedzaniu lubljańskiej starówki, pojechalibyśmy od razu nad morze i spędzili tam jeden dzień dłużej.

Darowalibyśmy sobie Balaton. Największe błotniste jezioro Europy rozczarowało nas najbardziej. Być może dla osób wychowanych w górach lub na Śląsku może być ono atrakcją. Dla nas- rodowitych Warmiaków, którzy w samym mieście mają 11 jezior i rzut beretem nad mazurskie Wielkie Jeziora, Balaton wydaje się być jednak szlamowatą wielką kałużą z bagnistą ziemią wokół i robactwem wszelkim czekającym na naszą krew. Wielkie Jeziora Mazurskie nie bez powodu są jednym z Cudów Natury. Miasteczko węgierski ei cały przejazd przez Węgry też nie zachwycał. Momentami czułam się jakbym została przeniesiona w polskie krajobrazy 20 lat temu. Niech więc plusem wizyty nad Balatonem będzie docenienie swego podwójnie.

Zamiast Keszthely wybralibyśmy Bratysławę. W związku z tym, że szybciutko uciekaliśmy znad Balatonu, udało nam się na dłuższą chwilę wstąpić do Bratysławy, czego nie było w pierwotnym planie. Urocza starówka zdecydowanie mogłaby nas ugościć na dłużej i odkryć tajemnice skryte poza centrum miasta. Nic to jednak, będzie po co tam wrócić!

Największe wrażenie wywarły na nas za to: 

Obiad w Trieście. Zupełnie przypadkowa rodzinna knajpka, w której menu napisane było wyłącznie po włosku długopisem na kartce, ugościła nas typowymi dla Triestu specjałami z owocami morza. Wybraliśmy potrawy, wskazując na talerze gości siedzących przy stoliku obok i…gdyby karta była po angielsku, pewnie nie odważylibyśmy się ich zamówić. Nie tylko na wyjazdach lubimy odwiedzać różne restauracje i celebrować atmosferę miejsca oraz serwowane w nich posiłki więc nadmorskie włoskie smaki sprawiły nam szczególnie dużo radości próbowania.

Kąpiele w Adriatyku. Mimo, że jestem dziewczyną znad jezior, do wody wchodzę z kwaśną miną. I żeby było jasne: potrafię pływać, nie boję się wody, po prostu nie lubię kiedy jest mi zimno. Kąpielom wodnym oddaję się zatem bardzo rzadko. Właściwie to już prawie tylko od wyjazdu do wyjazdu nad ciepłe morza. Kiedy dochodzi materac, oznacza to już istne szaleństwo.

Starówka w Lubljanie. Klimatyczna i przepiękna we włoskim stylu. Zwiedzanie Wiednia – cała masa pięknych miejsc, które szczegółowo postaram się opisać w następnym poście. Obie zupełnie od siebie różne. Wiedeń – pełen dostojności i przepychu zabytków utrzymanych w czystości i dobrym stanie. Lubljana – jedna z mniejszych europejskich stolic, przypominająca klimatem włoskie miasteczko, nieco bardziej dla nas urocze i południowo egzotyczne. Obie zdecydowanie warto zobaczyć.

Dzięki temu, że była to dość intensywna podróż a Julian spisywał się dzielnie, nie sprawiając żadnych kłopotów, udało mi się oswoić nieco wiadomość, że jest chłopcem. Wydawało mi się, że rośnie w oczach, co po wejściu na wagę po powrocie okazało się prawdą. Chyba lubi jeździć samochodem, bo nie w drodze a dopiero w dniach wypoczynkowych rozpychał się jak szalony. Kopniaki czuję już nie tylko ja ale można zobaczyć je już od zewnątrz. Nie było niespodzianek na plaży ani po zjedzeniu kalmarów i małż. Polubiliśmy się w tych odmiennych okolicznościach na nowo. Imię chyba też już się utarło. Próbowaliśmy znaleźć kilka innych propozycji ale żadna z nich nie wpadła nam w ucho bardziej niż Juliano.W ostatnich dniach podróży, ciągle towarzyszyło mi z tyłu głowy ciche przypomnienie, że to ostatnie wakacje SOLO. I fajnie jakby można było przedłużać je jeszcze i jeszcze. Z drugiej strony, stoczyliśmy wiele rozmów o wyborze nowego samochodu, spaniu z dzieckiem w namiocie i innych rozwiązaniach, które mogą ułatwić nam zwiedzanie świata we trójkę. Wszystko wskazuje na to, że najbliższe prawdziwe wakacje najwcześniej za pół roku. Wyjazd na deskę zarezerwuję chyba jeszcze zanim Julek przyjdzie na świat. Na wypadek żeby wszystkie „jeszcze zobaczysz….” i „żeby Ci się tak chciało jak się urodzi”, nie mogły się już sprawdzić. Juliano będzie musiał jechać z nami. Już dziś ogłaszam więc nabór chętnych na wyjazd i spędzanie czasu z Julianem na zmianę z mamą kiedy wyrwie się na chwilę na stoku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *