50 Twarzy Greya. Erotyki nie było. Został sam dramat.

Grey- produkt roku, sprzedawany jako erotyczny wstęp do walentynkowego miłego wieczoru, jest marketingowym dziełem adresowanym do milionów ludzi marzących o erotycznych doznaniach. Wielkie ukłony należą się specom od promocji, bez których nadawałby się on w najlepszym wypadku do puszczania w jednym z telewizyjnych kanałów filmowych, najlepiej w odcinkach. Robota marketingowców została wykonana na medal. I na tym oklaski się kończą…

Nie jestem filmoznawcą, toteż oceniam wczorajszy seans nie w kategoriach wytworu sztuki popularnej a jako produktu– fenomenu sprzedanego na długo przed tym zanim ukazał się w kinach. Grey został rozpromowany jako hit zakrapiany erotyką- niewidzianą dotychczas na wielkim ekranie. Na salach zgromadziły się setki kobiet oczekujących przeniesienia się w świat fantazji, na które często boją się pozwolić sobie w życiu codziennym. Niektórym towarzyszyli Panowie- w nadziei na podsycenie wieczornej atmosfery i przeniesienie jej w bardziej ustronne miejsce.

Zamiast erotyki, otrzymali banalną opowieść o infantylnej relacji dwójki ludzi, którzy sami nie potrafili się w niej odnaleźć, uwikłani w swoje historie z dzieciństwa. Tytułowy Grey przedstawiony został jako milioner psychopata, Ana jako dziecko wprowadzone w erotyczny świat, godzące się na poklepywanie pejczem ale paskiem już nie… Sceneria pokoju zabaw- bardziej przypominająca salę tortur niż rozkoszy, już w pierwszych 10 minutach odbiera widzom nadzieję na jakkolwiek erotyczny rozwój akcji. Ciągu dalszego można się domyślać nawet nie czytając książki, podczas gdy bardziej erotyczne od zestawu sznurków i biczów przedstawionego w jednym ujęciu byłoby zaskakiwanie widza i odkrywanie tajemnic sypialni Greya z czasem. Nie wchodząc głębiej w fabułę, większość dorosłych emocjonalnie ludzi, kilka razy w tygodniu przeżywa bardziej erotyczne doznania niż te, które można zobaczyć w filmie.

Produkcja skrywa w sobie ciekawostkę dla znawców gatunków filmowych. W ciągu dwóch godzin, można zastanowić się w którym gatunku jesteśmy przynajmniej kilka razy. Rozpoczynając od melodramatu, przez wenezuelską telenowelę, komedię, dramat…erotyku ze świecą szukać- co też jest jakąś rozrywką. Rozrywką, którą podzielało pół kina, śmiejąc się w scenach, które miały pełnić funkcję chwytających za serce wyciskaczy łez.

Ani jedna scena nie rozbłysła na tyle żeby pokryć choć 10% z 23,00 zł wydanych na bilet. Nie czuję się oszukana ani zawiedziona gdyż nie pokładałam w filmie zbyt wielkich nadziei. Przeglądając Twitty pochwalne, rozumiem, że to produkcja kierowana do publiczności w wieku 14-16 lat, która marzy o tym żeby zostać erotycznie wychłostanym przez przystojnego milionera- uosobienie księcia z bajki lub zachwyca się widokiem kobiecej piersi na ekranie. Rozumiem też dlaczego w ciągu 29 minut reklam, pojawiły się zaledwie dwie reklamy produktów związanych z erotyką- i nie były to reklamy wiodących, powszechnie znanych firm. Nawet walentynkowo, ciężko po obejrzeniu wyruszyć w podskokach do rozwinięcia opowieści we własnej sypialni…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *